Rozmowy z Zuzanną




Zuzanna Kosińska – bohaterka powieści „Tango z koniem”.
Nie pamiętam jaki to był dzień tygodnia, ani czy byłam w biurze, czy w pokoju, ale jak podniosłam oczy znad zapisywanej kartki, zobaczyłam ją. Siedziała po drugiej stronie stołu i patrzyła na mnie brązowymi oczami jak kandydat w czasie rozmowy o pracę.
Krótkie, ciemne włosy otaczały okrągłą twarz. Miała ładne usta. Ani gruba, ani chuda. O takich kobietach mówi się, że mają w sobie coś, ale dokładnie nie wiadomo co. Ubrana raczej sportowo niż elegancko. Spojrzałam pod stołem na jej buty. Tak jak myślałam, nosiła balerinki.
– I co dalej? – zapytała.
Nie zrozumiałam. Po pierwsze nie przypominałam sobie, aby pukała, a już na pewno nie powiedziałam „ proszę wejść”.

– Co? Z czym? – spytałam aby zyskać na czasie.
– Ze mną. Nie mam pracy, pieniędzy – wyliczyła i pociągnęła nosem.
A co ja jestem? Pomoc społeczna? pomyślałam ale zapytałam spokojnie:
– Zabiłaś kogoś?
– Nie – glos jej zadrżał. – Powinnam?
– Byłoby łatwiej. – stwierdziłam tonem znawcy. W końcu przeczytałam kilka podręczników o tym jak pisać, i o czym.
– Ciocia zmarła z przyczyn naturalnych. Tak było napisane w akcie zgonu. – powiedziała cicho.
– Może miała jakąś tajemnicę. Coś chciała ukryć? Zaszła w ciążę i oddała dziecko do adopcji?
– Nic o tym nie wiem.
– Poszukaj, jesteś dziennikarką.

Skąd o tym wiedziałam? A także jak ma na imię. Przecież się nie przedstawiła.
Zuzanna…. I tyle, lat trzydzieści albo coś koło tego.
Dziennikarka. Skończyła studia, ale nie znalazła pracy w zawodzie. Wyjechała do Francji opiekować się ciotką. W klubie jeździeckim poznała Jean-Lou. Niewiele o nim wiem. Mieszka w Paryżu, koło kościoła, bo co rano budzą go dzwony. Dlaczego to ma znaczenie?

Lubię bicie dzwonów. Może to pamięć kolektywna sprawia, że dzwonom nadaje się specjalne znaczenie. Mogą obwieszczać radosne wydarzenia, smutne czy tragiczne. 
Jak w sobotę rano, 14 listopada, wszystkie okoliczne dzwony biły na trwogę.
Zawsze jest początek. 
Z końcem bywa różnie. 

Czasami nie możemy czegoś skończyć z przyczyn niezależnych od nas jak Mozart „Requiem”.Ktoś wyrwał kilka ostatnich kartek i koniec jest nam niedostępny.
Wysłałam Zuzannę na zawody, siedzi na nich już trzy miesiące. Pojechała z Błyskawicą zwaną Eklerkiem. Gdy złożyłam jej ostatnio wizytę, otrzepywała spodnie z końskiej sierści. Zbyteczny gest. Trudno strzepnąć ciemną sierść z białych spodni. Chciała pójść na kawę.
Jest taka nieporadna. Tak, to dobre słowo. Poczciwy może być pies. Ona jest nieporadna i niedostosowana. Jedyne czego nie lubi, jeżeli mogę to tak ująć, to Susan.
Susan wzbudza w niej niechęć. Może dlatego, że akceptuje samą siebie i cieszy się życiem. Umie z niego czerpać, jak ze skarbca, pełnymi garściami. Ma Księcia Pustyni. Na początku trochę mnie to imię śmieszyło. Ale jaka różnica miedzy Sułtanem, a Księciem? Żadna. Bywają imiona bardziej nadęte.
Jest jeszcze Michele z Mirabelle. O nim wiem tyle, że ma samochód który uciągnie vana z dwoma końmi. Pojechał z Zuzanną na zawody do Mont.
Elisabeth – pani trener, oschła ale konkretna. Nie wmawia ludziom, że umieją jeździć jak nie umieją. Ma szczęście prowadzić klub dla właścicieli koni w regionie paryskim.

Tyle wiem, reszta jest milczeniem.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pokonać lęk

Zaufanie

Cel